Z Marią Curie Skłodowską uczniowie z grupy szkolnej rozpoczęli cykl spotkań o znanych Polakach. Dzieci poznały życiorys wybitnej Polki, począwszy od życia w Warszawie  po wyjazd do Francji, poznanie męża oraz pracę zawodową i sukcesy na skalę światową. Omówiliśmy również czym dokładnie zajmowała się nasza bohaterka oraz jak w dzisiejszych czasach korzystamy z jej wynalazków. Na koniec zajęć bawiliśmy się w małych chemików i podobnie jak Maria Curie – Sklodowska wykonywaliśmy kilka doświadczeń aby metodą prób i błędów uzyskać wyznaczony cel.

Pod koniec zajęć dzieci wcielały się w postaci Marii i jej męża Pierr’a Curie, przebierając się w epokowe stroje do sesji zdjęciowej!!

 

 

Oto historia nauki języka przez mojego synka i problemy jakie nam przy tym towarzyszyły. Mam nadzieję, że podniesie to trochę na duchu osoby w podobnej sytuacji. 

Nasza rodzina jest rodziną mieszaną, tzn ja jestem Polką a moj mąż Francuzem. Odkąd urodził sie nasz syn, wiedzialam że nie ma innej opcji i muszę go nauczyc języka polskiego. Dlatego też od zawsze mówilam do niego po polsku. Jak się okazało później, to nie wystarczyło żeby Emil zaczął mówić po polsku. Ale od początku.

Ponieważ nie pracowałam, to miałam ten przywilej spędzania mnóstwa czasu z moim synkiem. Mówiłam do niego oczywiście po polsku, a on odpowiadał mi jak mógł w swoim języku, co zupełnie mi nie przeszkadzało, bo go doskonale rozumiałam ;-) mimo że nie był to ani język polski, ani język francuski.

W wieku dwóch lat zapisałam go do Halte-Garderie – dla tych co nie znają, jest to instytucja prawie jak żłobek, czy mini przedszkole dla dzieci w wieku do 3 lat, do której można zapisać dziecko na kilka godzin w tygodniu, mimo że się niepracuje. Emil bardzo lubił swoje nowe mini przedszkole, jednak widzialam dużą różnicę w komunikowaniu się Emila i innych dzieci w jego wieku. Zaczęło mnie to niepokoić, bo bałam się, że kiedy niedługo pójdzie do szkoły, dzieci go odtrącą, bo nie będą mogły go zrozumieć. Rozmawiałam z opiekunkami z Halte-Garderie, z dyrektorką, ale wszystkie mnie uspokajały że to nic niepokojącego, że to dlatego że Emil jest wychowywany dwujęzycznie.

Na szczęscie nie posłuchalam ich zapewnień i na pierwszej wizycie u lekarza poruszyłam ten problem. Od razu zostaliśmy skierowani do logopedy. Przez przypadek trafiliśmy do super miłej pani, którą Emil polubił od samego początku. No i w kwietniu zaczeła się praca nad wymową, głoskami i całą resztą z tym zwiazaną. Wtedy też sama zdecydowałam że na jakiś czas przestanę do niego mówić po polsku. Wiem że dla niektórych może to być nie do pomyślenia, ale dla mnie w tym momencie wydawało mi sie słuszną decyzją. Chciałam jak najszybciej zobaczyć efekty pracy logopedy i postępy Emila. No i musze przyznać, że w jego przypadku byla to bardzo dobra decyzja. Co prawda trwało to kilka miesięcy (jesli dobrze pamiętam to ok 3-4). Ale pozwoliło mu się to odblokować językowo (jak na razie tylko z francuskim) na tyle, że mógł bez problemu dogadywać sie z kolegami. No bo właśnie zaczęła się szkoła. Już dokładnie nie pamiętam po jakim czasie znowu zaczęłam się do niego zwracać po polsku, jednak Emil odpowiadał tylko po francusku. Doskonale mnie rozumiał więc nie wątpiłam że z czasem jakaś zapadka w jego główce odblokuje się również na język polski ;-)

Czas leciał, a nasze rozmowy nadal odbywały sie w dwóch językach. W lutym wybieralismy sie do Polski w odwiedziny do dziadków no i oczywiście bardzo sie bałam, że bez mojej pomocy dziadkowie go nie zrozumieją. Z niepokojem czekałam na wyjazd. Natomiast Emil był bardzo szczęsliwy, co na szczęsie troszkę mnie uspokajało – na przykład mówił mi, że przecież to nie problem, bo on nauczy babcię mówić po francusku, bo on umie.

Po przylocie do Łodzi okoliczności sprawiły, że musiałam zostawić Emila pod opieką mojego taty. Nie znam dokładnie szczegołów, ale jakoś sie dogadali. W każdym razie Emilek był zmuszony jakoś wytłumaczyć dziadkowi, że jest głodny i co ma ochotę zjeść, i że w ogóle coś chce. A na drugi dzień, jak już mogłam być z nimi, ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam rozmowę mojego synka z dziadkiem tylko i wyłącznie po polsku! Bardzo mnie to ucieszyło. Wszystkie wątpliwości, czy dobrze zrobiłam przestając do niego mówić po polsku sie rozwiały, bo teraz wiem że słusznie zrobiłam.

Prace z logopedkaą kontynuowaliśmy do konca następnego roku szkolnego, Emil miał już wtedy ponad 5 lat. Synek nadrobił wszystkie zaległości w stosunku do kolegów jeżeli chodzi o język francuski. Po polsku mówi chętnie, do niczego go nie zmuszam. Czasem bawimy się w powtarzanie trudnych słówek, co sprawia mu przyjemność – ostatnia nasza fraza to: „Chrząszcz brzmi w trzcinie”. Wiem że to duże wyzwanie, ale czemu nie ;-) I kiedy wreszcie udało się Emilkowi poprawnie powiedzieć słowo „brzmi”, był bardzo zadowolony a ja strasznie z niego dumna.

Wnioskiem dla mnie z tej całej historii jest to, że nigdy nie trzeba sie poddawać, tylko czasem trzeba dużo cierpliwości i zrozumienia.

 

 

 

 

13 stycznia odbyła się w Polince coroczna impreza « Galette », na którą zgodnie z francuską tradycją rodzice przynieśli ciasta z ukrytyą w środku niespodzianką – calową figurką.

Dzieci którym udało się znaleść figurkę zostały królami zabawy. Walka była zaciekła a mali mistrzowie chętnie walczyli jedząc ciasta zarówno domowej jak i profesjonalnej roboty.

Rodzice również chętnie wzieli udział w spotkaniu, które odbyło się w przyjemnej, poświątecznej atmosferze.  

Polinka – Polska Szkoła w Tuluzie wzięła udział w projekcie „Wschód – Zachód, Północ – Południe: łączy nas Polska. Dofinansowanie działalności szkół i zakupu pomocy edukacyjnych szkołom”, którego celem jest wsparcie wybranych szkół w sześciu krajach: Austrii, Francji, Holandii, Hiszpanii, na Węgrzech i we Włoszech.Projekt ten koordynowany był przez Stowarzyszenie Wspólnota Polska, ze ze środków Senatu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach opieki nad Polonią i Polakami za granicą.

W ramach tego projektu “Polinka “utrzymała refundację, która pokryła zakup nowości książkowych, zarówno dla dzieci jak i rodziców.

W ramach dotacji zostały również zakupione materiały biurowe, dekoracyjne, plastyczne niezbędne dla naszej działalności i rozwoju.Dzięki dotacji dzieci beda mogły skorzystać z autentycznych pomocy montessoriańskich, a wszystko to po to, by uatrakcyjnić nasza naukę w Polince.

Uczestnictwo w tym projekcie jest ogromnym wsparciem naszej lokalnej edukacji polonijnej.

Dziecko trójwymiarowe.

Mała ma jakieś 18-19 miesiecy, jest wieczór, dojeżdżamy do domu. W domu, w którym przewijają się polski, angielski i francuski. Zgodnie z zasadą przyjęta zaraz po narodzinach, dziecko słyszy od mamy polski, od taty francuski, a angielski przewija się gdzieś daleko, prawie że szeptem, na drugim planie. Rozmawiam z D. przez telefon i boję się powiedzieć „pain”, czyli żeby kupił chleb po pracy, bo nie chcę, żeby Mała płakała: jest głodna i zmęczona (i ma 1.5 roku, nie kontroluje emocji). Wpadam wiec na bardzo przebiegły pomysł: powiem po angielsku, to nie zrozumie. Niestety, pada słowo „bread” a dziecko na to: „du paaaain???” (wtedy jeszcze słowo „chleb” po polsku było dla niej za trudne, najpierw nauczyła się go po francusku).

Dlaczego ona zrozumiała?

Zastanawiając się nad tym, co się właśnie stało pomyślałam, że to przecież oczywiste – małe dziecko zupełnie sie nie interesuje, jakim językiem mówi (tak jak my to widzimy z perspektywy dobrze przez lata utrwalonej), ale za to bardzo interesuje się małym światem wokół małego siebie. Chleb może nie był jej całym życiem, ale na pewno dużą jego częścią (a przynajmniej instynkt przetrwania, tak mocno rozwinięty w tym wieku). Widziała nas w kontekście chleba (powszedniego haha) wiele razy, a na ów kontekst my dołożyliśmy język. Et voilà, co się wydarzyło. Dziecko zapamiętało wszystkie słowa określające chleb.

My jestesmy alfa i omega (póki co) więc jaki mamy potencjał w rękach?

No właśnie, duży. Jesli ona jest we mnie wpatrzona, to jest duża szansa ze błąd, który popełnię, ona tez powtórzy. I na odwrot. Jak Mała jeszcze była w brzuchu, usłyszałam od logopedy: słowa, żeby były zapisane w mózgu muszą być wypowiedziane. Nie tak jak wiedza pasywna, czyli coś tam dzwoni, ale nie wiadomo, w którym kościele (czyli, ty do mnie mów po polsku, a ja ci odpowiem po francusku). Dlatego, wszystkie słowa, ktore Mała przynosila ze żłobka albo przedszkola, tłumaczyłyśmy w domu wieczorem na polski. Mówiłyśmy po polsku w nocy (tak, w marach nocnych typu: brzuch mnie boli, mogę siku?, właśnie zwymiotowałam), w sklepie pełnym Francuzów (tak, w kolejce gdzie wszyscy nas słyszą i się na nas gapią, przy kasie jak kasjerka nas obsługuje), przy rodzinie francuskiej (przy stole wigilijnym, komunii, chrzcinach, itd itp…) i wszystkich innych codziennych sytuacjach. I Mała powtarzała, z czasem juz zupełnie automatycznie, każdy zwrot, który ja mówiłam po polsku, a ona jeszcze nie znała. A ja (również żeby ją nauczyć grzeczności), we wszystkich sytuacjach zawsze zwracam się do osób, które uczestniczą z nami w wydarzeniu, że nie robimy tego, bo nie jesteśmy uprzejme, ale dlatego że tak funkcjonuje mózg dziecka, i że inaczej Małej będzie trudno być osobą dwujęzyczną.

Biją brawo.

Ludzie uwielbiają rozmawiać o dwujęzyczności. W naszej, już ponad pięcioletniej przygodzie nie spotkałyśmy się jeszcze z nikim, kto by nie zareagował pozytywnie na ten komentarz. Małej dodaje to skrzydeł. W szkole jest znana jako Polka, bo ludzie bardzo lubią być postrzegani w kontekście europejskim i bycie takim samym nie jest juz tendencyjne. Nianki w żłobku, pełne zrozumienia, uczyły się mówić proste słowa, bo po prostu miały na to ochotę.

Alfa i omega po raz drugi.

Skoro to od nas tak wiele zależy, to dowiedzmy się więcej o dwujęzyczności. Czy je się ją z musztardą czy z keczupem? Można przecież zaufać Anglikom w sprawie trawnika albo Włochom w sprawie pizzy. Logopedom w sprawie mowy, psychologom w sprawie rozwoju, ludziom z doświadczeniem, w sprawie często powtarzanych błędów. A zasada (opracowana i potwierdzona) jest prosta: każdy rodzic mówi w swoim języku przez cały czas, bez wyjątków. Nie akceptuje odpowiedzi w jezyku obcym a dziecko powtarza nowe słowa. Więcej cudów nie ma. Tylko ten jeden jeszcze, w głowie naszego małego, widzącego świat z perspektywy poznania, instynktu przetrwania i zaufania dzieciąteczka. Mama jest z Polski, lubi mówić po polsku, jest naturalna po polsku i opowiada najlepsze żarty po polsku. To ja tez 

Ile to pracy?

Jak sobie nie posłodzę herbaty, to jest gorzka. Jak nie nauczę mojego dziecka mówić po polsku, to ono nie będzie mówiło po polsku. Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś przenosił siłą rozumu, zrozumienia, miłości, lub jakiejkolwiek innej emocji, łyżeczkę sama do cukierniczki, nabierał nią cukru i tą samą siła unosił ją w powietrzu i wsypywał do herbaty. Niektórzy to znaja z pracy, inni z domu: jak sobie czegoś nie zrobisz sam, to tego nie bedziesz miał. Nawet najlepsza pani nauczycielka, w najlepszej szkole (Polince ;) ), ani super babcia nie zrobi za nas tego, co w relacji pełnej zaufania rodzice mogą zrobić wraz ze swoimi dziećmi.

Jeszcze więcej pracy…

Ok, to już wszystko wiem, teoria jest prosta. Wydaje się prosta. Ale jak to jest w praktyce? Czyli, ile można gadać i przecież nikt oprócz nas nic nie rozumie??? Ta część jest dla mnie największym wyzwaniem, bo nie każdego dnia mam ochotę na bycie radiem „Wolna Europa” tudzież na wcielanie się w rolę tłumacza symultanicznego, słyszącego inny język na każde ucho i odpowiadającego dwóm osobom na jednym wydechu. Uprzejmość, której chciałabym nauczyć moje dziecko zobowiązuje mnie do tłumaczenia wszystkiego naszemu bardzo ważnemu członkowi rodziny, ktory po polsku niestety nie mówi. Mi się buzia nie zamyka, a D. się denerwuje, że nie wie o czym my mówimy. Uroki życia w rodzinie międzynarodowej… On czeka, a ja nabieram oddechu. Aż do momentu, gdy Maleństwo rośnie i zaczyna tłumaczyć samo  Co za emocje! Pięcioletnie maleństwo z dwuletnim doświadczeniem tłumacza symultanicznego!

Dwujęzyczność to jest styl życia.

Ludzie z dziećmi dwujęzycznymi to ludzie dumni z tego, kim są. Nie mówię tu o byciu dumnym z pierogów albo z Małysza. Raczej z rodziny (babcia i dziadek w swojej starości nie rozmawiają z wnukiem w tym samym języku?), dzieciństwa (tak, przetrwało się ten komunizm i durnych nauczycieli każących wszystkiego nauczyć się na pamięć), polskich przyjaciół, którzy w młodości mieli na nas ogromny wpływ, i wszystkiego tego, co w Polsce sie wydarzyło. Ciepłe Wigilie, szalone wakacje, pierwsze piwo (pierwszy raz?), liceum, studia, kultura, tradycja, nawet religia. Wyliczać można długo. Wiem, są jeszcze rzeczy, z których nie jesteśmy dumni (tu ciśnie się na usta litania), jednak nic nie jest tylko biało-czarne (ani biało-czerwone haha).

Tak lub nie. 1 lub 2.

Szkoda mi zawsze, jak muszę gdzieś być na pół. Czasem nie mam wyjścia, ale staram się działać według priorytetów. Co komu podarować? Dzieciom pracę? Sobie przyjemność? Dzieciom rozwój, sobie satysfakcję? Sobie dodatkowy trud, dzieciom samozadowolenie? Postanowiłam, że język będzie moim priorytetem, ponieważ sprawia, że moje dziecko jest mądrzejsze. Wtedy, kiedy słowa zapisują się w mózgu Małej, tworzą zwoje neuronów, które w przyszłości pomogą jej w nauce innych rzeczy, języków również. Kto nie chce tego, co najlepsze dla swojego dziecka? My jesteśmy pierwszymi, naturalnymi nauczycielami, którzy pokazują, że uczyć można się nawet w życiu codziennym. Tak naprawdę ta praca to wcale nie jest aż taki wielki wysiłek, jak już jest się w tym rytmie. Mała marudzi bardziej, jak ma posprzątać pokój, niż jak ma powtórzyć poprawnie zdanie po polsku.

Magda GUINARD

Najbliższe zajęcia w Polince

Brak zdarzeń do wyświetlenia.

Adres/Adresse

Zajęcia odbywają się:
Les cours ont lieu:
Maison de la Citoyenneté
4 place Marché aux Cochons
31200 Toulouse

Telefon i email kontaktowy
Télephone et email de contact:
ecolepolinka@gmail.com
+33 6 82 74 84 16

Formularz kontaktowy
Formulaire de contact