Dwujęzyczność

Jesteśmy rodziną dwujęzyczną mniej typową (jeżeli o jakiejkolwiek rodzinie można powiedzieć że jest typowa), bo wszyscy jesteśmy Polakami, choć nasz Syn urodził się w Tuluzie.

Od początku cieszyliśmy się, że Mały będzie mówił dwoma językami, a za jakiś czas i trzema (ponieważ angielski w naszych czasach to już oczywistość chyba dla każdego). Wiedzieliśmy, zgodnie z zapewnieniami „speców od języka”, że to może tylko wzbogacać jego rozwój  i otwierać więcej dróg i dróżek w życiu.

Nasz Syn urodził się zaraz po naszej przeprowadzce i jednocześnie w czasie, kiedy już nie pracowałam. Zamieszkując w Tuluzie zamierzałam w miarę szybko wrócić do pracy, ale stało się to możliwe dopiero, kiedy Piotruś miał około roku.

Jak dla każdej mamy, był to rok radości, małych i większych strachów o gorączki, płacze itp. . Ale był to też czas stałej refleksji nad tym jak sobie poradzimy kiedy wrócę do pracy. Jedynym rozwiązaniem w naszej sytuacji był żłobek. Czekając na przydzielenie nam miejsca zastanawialiśmy się jak to będzie, kiedy „panie żłobianki” będą mówiły do Niego tylko po francusku. Więc postanowiliśmy, że kontynuując mówienie w naszym języku, będziemy też mówić po francusku. „Włączyliśmy” więc francuski w różnych proporcjach w stosunku do polskiego. Nadszedł także czas, kiedy prawie wszystko co mówiłam – co tłumaczyłam, o co prosiłam trwało dwa razy dłużej, bo wybrzmiewało w dwóch wersjach ;).

Piotruś nie miał raczej nigdy oporów w chodzeniu do żłobka, zaobserwowaliśmy natomiast, że był jednym z ostatnich dzieci, które zaczęły mówić pełnymi ( na miarę trzylatków) zdaniami. Panie zapewniały nas, że może być to związane z dwujęzycznością  i że każde dziecko „ma swój rytm”.

Rzeczywiście, w pierwszy dzień szkoły powiedziano nam, że nasz Syn dużo mówi i na pewno z łatwością znajdzie sobie kolegów. Odetchnęliśmy. Ucieszyliśmy się też zapewnieniami kadry szkolnej, że Piotruś poprawnie się wysławia i buduje zdania i że nie zauważa się żadnej różnicy między Nim i dziećmi francuskimi. Panie wydawały się zdziwione tym, że jest dwujęzyczny i zaskoczone, że ładnie porozumiewa się z polskimi Babciami. W Polsce z dumą potwierdzaliśmy, że Piotruś płynnie przechodzi z jednego języka na drugi.

Z początkiem „moyenne section” zauważyliśmy ze zdziwieniem i smutkiem, że Synek nie chce żebyśmy mówili do niego po polsku w garderie. Zaczynał wtedy mówić ciszej i zasłaniał nam buzie rączką. Tłumaczyliśmy wtedy wiele razy, że jesteśmy dumni, że znamy dwa języki i że jesteśmy Polakami. Teraz widzimy to wiele rzadziej i zrozumieliśmy, że to prawdopodobnie chęć bycia takim jak koledzy spowodowała takie zachowania. Identyczną sytuację mieliśmy (chociaż to w żadnym razie nie ta skala i rodzaj problemu) z noszeniem rajtuz zimą. Najpierw bez oporów, później – absolutnie, bo żaden kolega nie nosi J.

Teraz obserwujemy, że mówiąc po polsku posiłkuje się czasem słowami francuskimi, albo tworzy nowe śmieszne słowa, kiedy nie zna lub nie przypomina sobie polskiego odpowiednika. Tak powstała między innymi „kaszetka” od „cachette”, bo nie odnalazł w głowie słowa „ukrycie” czy „schowek”. Robi też czasem „autorskie tłumaczenia” z francuskiego nadając polskiemu słowu ten sam rodzaj, który ma ono w języku francuskim. Korygujemy to oczywiście na bieżąco, choć niezmiennie nas to bawi i cieszy zarazem, bo dowodzi „gimnastyki”, którą wykonuje Jego mózg.

Te „ćwiczenia” mózgu i jego większa „elastyczność” są zresztą chyba jednymi z najlepszych rekomendacji dla dwujęzyczności. Cieszymy się, że Synka i nasze głowy będą funkcjonowały na starość troszkę lepiej, bo przyzwyczajone będą do tej „gimnastyki”.

 Sylwia i Bernard

Najbliższe zajęcia w Polince

Brak zdarzeń do wyświetlenia.

Adres/Adresse

Zajęcia odbywają się:
Les cours ont lieu:
Maison de la Citoyenneté
4 place Marché aux Cochons
31200 Toulouse

Telefon i email kontaktowy
Télephone et email de contact:
ecolepolinka@gmail.com
+33 6 82 74 84 16

Formularz kontaktowy
Formulaire de contact